Życie codzienne w Hiszpanii – Mieszkając obok portu

/ Andalucia, BLOG, Codzienność, Hiszpanoteka/ 0 comments

 

 

 

O tym, że wynajmiemy mieszkanie nad samym morzem w bliskim sąsiedztwie portu zarówno rybackiego jak i pasażerskiego nie myślałam chyba nigdy. Los jednak płata figle i właśnie do takiego miejsca nas skierował, choć nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że bycie sąsiadem portu może być dość nieprzyjemne, ale po kolei. Mieszkanie znaleźliśmy w niedużej miejscowości, w prowincji Granada- Motril. Dokładnie Motril Playa, bo jak się później okazało miasto właściwe było z tyłu plaży, oddalone na tyle daleko, że szybki wypad na pieszo po zakupy czy na lody był kilku godzinną wyprawą. To taka dygresja dla osób wynajmujących mieszkanie w pierwszej czy drugiej linii plaży. Wszystko pięknie, ale zanim się zdecydujecie zbadajcie zaplecze sklepowo-usługowe bowiem Motril w swej konstrukcji miasta podzielonego na Plażę i na Miasto nie jest odosobniony. Mieszkanie jest bardzo ładne, okolica względnie czysta (jak na warunki Andaluzji), plaża niestety kamienista,  ale cóż, to nie ocean, ani nie miasteczko kurortowe… i on- Port. Składa się z trzech części – portu rybackiego, portu jachtowego i portu transportowego.

 

 

Codziennie pływają  kursy m.in. do Melilla, Tanger-Med, Al-Hoceima, Nador… Ma to plusy i minusy. Plusem jest codzienny widok z tarasu pływających statków, nocą efekt jest jeszcze lepszy- oświetlone w otchłani czarnego morza… Po kilku miesiącach nawet nie trzeba mieć zegarka, bowiem statki trąbią wpływając do portu zawsze o tej samej godzinie, ot taki pływający budzik.

Co ważne, na wypadek chęci zamorskiej eskapady port jest pod ręką. Natomiast jeśli nie korzystasz z rejsów co miesiąc, tak jak my, port zaczyna trochę przeszkadzać. Po pierwsze morze w bliskiej okolicy portu i naszej plaży było sztucznie pogłębione co powodowało brak fal, rybek i innych fajnych żyjątek, z którymi można pływać. Po drugie zanieczyszczenia- codziennie było pełno butelek, plastikowych torebek, puszek po piwie i innych cywilizacyjnych stworów wypływających z morskiej otchłani. Po trzecie co się tyczy portu rybackiego, w jego najbliższej okolicy unosił się nieprzyjemny zapach ryb, raczej tych już nieświeżych… Na szczęście nie docierał on do okolicy naszego mieszkania jednak podczas dłuższych spacerów już się pojawiał.

 

 

Najbardziej boli zanieczyszczenie wody. Już jadąc na plażę oddaloną o 20km, cieszyć się można rozmaitą fauną i florą morską. Wynajmując mieszkanie nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, w zasadzie nawet o tym nie pomyśleliśmy, że mieszkając tak blisko portu może być brudno do tego stopnia ze nie da się pływać, nie będzie fal ani ryb. Z tego względu drugi raz nie wynajmę już mieszkania tak blisko- czyli około kilometra, od portu.

 

 

Nie zmienia to jednak faktu, że taki port rybacki warto odwiedzić!

 

 

 

 

Rybak zaczyna swoją pracę bardzo wcześniej około 3 nad ranem, aby jak najszybciej dotrzeć do docelowego miejsca połowu i rozrzucić sieci. W zależności od typu łódki sieci są przez cały czas ciągnięte lub statycznie rozrzucone. Zanim się napełnią rybacy mają czas na posiłek i chwilę odpoczynku. Następnie zabierają się za bieżące prace na pokładzie. Gdy sieci się zapełnią trzeba wyplątać ryby i posegregować je do skrzyń.  O tym jak długo dana łódka przebywa na morzu decyduje jej wielkość.  Muszę przyznać, że jest to ciężka praca, bardzo zależna od pogody i pór roku. Zimne wiatry, sztormy. Ciężki kawałek chleba jak to mówią.

 

 

 

Po załadowaniu ryb i owoców morza do skrzynek, trafiają one na licytację.

 

 

 

Na wielkiej tablicy wyświetlana jest waga skrzynki i cena za kilogram, która wraz z przesuwaniem się skrzynki na taśmie maleje. Jednak tylko do chwili, gdy pierwszy kupujący nie naciśnie przycisku na swoim pilocie i tym samym nie zarezerwuje sobie towaru. Wtedy na tablicy od razu pojawia się nazwisko kupującego a licytowana jest kolejna nadjeżdżająca na taśmie skrzynka. Można czekać na niską cenę jednak wzrasta ryzyko, że ktoś naciśnie guzik pierwszy i zwinie nam towar już w dobrej cenie z przed nosa.

 

 

Oprócz dużej tablicy z informacjami o produkcie, cenie i wadze są też tablice z rzutem kamery wprost na skrzynkę, aby kupujący dobrze widzieli znajdujący się w niej towar.

 

 

Skrzynka, której nikt nie wylicytował, zmienia kolor i ponownie trafia na licytację z obniżoną ceną wyjściową. Ceny na takich licytacjach są bardzo atrakcyjne, niestety zakupu dokonać mogą tylko właściciele sklepów, restauracji etc.

 

 

 

A jakie są Wasze doświadczenia z portem? Ktoś pracował lub mieszkał tak blisko i ma swoje spostrzeżenia na temat niesfornego sąsiada? Dajcie znać w komentarzu. Ahoj!

 

 

 

Share this Post